Dwie rocznice

DominikDominik Wysłano 6 miesięcy Temu
Właśnie mija 37. rocznica wyboru kardynała Karola Wojtyły na papieża. Jest też 34. rocznica innego wydarzenia. To drugie zdarzenie, w przeciwieństwie do tego, co się stało 37 lat temu, jest niezbyt istotne dla losów świata, ale ma znaczenie w moim życiu. Rocznice te jednak są ze sobą powiązane. Jestem bowiem przekonany, że to, co się stało 34 lata temu, nieprzypadkowo stało się w tym samym dniu, w którym Polak pierwszy raz został głową Kościoła Powszechnego.

Wróćmy zatem do roku 1981. W Polsce komuniści mają nieograniczoną władzę. Strajki z sierpnia 80 wymuszające uznanie przez władzę wolnych związków zawodowych nie przyniosły, wydaje się, żadnych trwałych i pozytywnych skutków. Wymuszenie uznania kolejnych punktów porozumienia wymaga kolejnych strajków, które natychmiast propaganda reżimu wykorzystuje do zrzucenia winy na całkowity rozkład gospodarki na strajkujących robotników. A gospodarka rzeczywiście jest w stanie całkowitego rozkładu.

W sklepach, przynajmniej w Krakowie, bez problemu można dostać dwa artykuły: Ocet i herbatę. Nie pytajcie dlaczego akurat te dwa, bo nie wiem. Niemniej jednak tylko te dyżurowały na półkach. Na inne artykuły spożywcze były kartki, co i tak nie gwarantowało wcale, że się cokolwiek dostanie. Jak „rzucili” coś do sklepu, natychmiast ustawiała się gigantyczna kolejka i brało się, co akurat było. Opowiadaliśmy sobie dowcipy, typu: „Idzie facet ulicą i ciągnie wózek z trzema trumnami. Spotyka kolegę, który pyta: -Po co ci trzy trumny? –Dawali po trzy, to wziąłem.” Ale tak było naprawdę. Pierwsze pytanie do sprzedawcy to było: Po ile sztuk sprzedają? I brało się, ile sprzedali. Inflacja i tak zjadała pieniądze, a towar jak się zdobyło, to się schowało „na czarną godzinę”. A Jan Pietrzak w Kabarecie pod Egidą mówił, że w innych, normalnych krajach kryzysy polegają na nadprodukcji. Na tym, że tyle tego naprodukują, że nie ma co z tym robić. Bardzo nas to wtedy śmieszyło. Było takie abstrakcyjne.

Na towary przemysłowe nie było kartek. Chyba, że ktoś był młodym małżeństwem. Wtedy mógł załatwić jakieś przydziały. Reszta stała w kolejce i cierpliwie czekała. Dwa tygodnie, miesiąc, czasem dwa miesiące. Nie przesadzam. Jasne, że nie każdy stał w kolejce 24 godziny na dobę. Stało się po 4 godziny, w grupie kilkunastu osób, pilnują bezcennej listy. Każdy miał swój dyżur i pilnował nie tylko, żeby inni nie utworzyli konkurencyjnej kolejki, ale by towar, gdy wreszcie trafi do sklepu, trafił do czekających, a nie do znajomych kierownika sklepu. Każdy był policjantem, ale i tak nikt nic nie upilnował. Posada kierownika sklepu była wartościowsza niż posada ministra. Gdy wreszcie przywieziono lodówki, telewizory, zamrażarki czy odkurzacze, brało się cokolwiek. I tak potem można było zamienić pralkę na telewizor, czy odkurzacz na robota kuchennego. Każdemu brakowało wszystkiego, więc handel wymienny był w pełnym rozkwicie. Przepraszam, nie handel, ale „spekulacja”.

Ja w 1981. roku miałem 24 lata. Byłem niecałe dwa lata po ślubie, bez wielkich perspektyw na jakieś normalne życie. Zaczynałem studia trzykrotnie, nigdy daleko nie zachodząc. Byłem tylko zmartwieniem dla moich biednych rodziców i zapewne powodem wielu łez, jakie nade mną wylali. Do tego szukało mnie wojsko, uważając zapewne, że byłbym bardzo dobrym żołnierzem. Ja nie jestem pacyfistą, lubię wojsko, uważam, że jest potrzebne, ale wtedy wojsko było tylko instrumentem w rękach reżimu mającym na celu „utrwalanie władzy ludowej”. Wojsko wsławiło się zdławieniem wolnościowych porywów w Polsce w 56, i 70 roku i niesławną „bratnią pomocą” w Czechosłowacji w 1968 roku. Nikt nie miał wątpliwości, że lada dzień żołnierze mogą ponownie otrzymać rozkazy strzelania do robotników. Bałem się, że mógłbym wtedy celować nie tam, gdzie mi kazano. Wojsko definitywnie nie było czymś, w co powinienem się wtedy pakować.

Aby zatrzeć za sobą ślady, wymeldowałem się od moich rodziców, poszedłem mieszkać do kolegi i pracowałem w prywatnej firmie Sobiesława Zasady, „Maroldzie”. Dzięki temu nie byłem „widoczny” w statystykach żadnych urzędów państwowych i liczyłem na to, że przetrwam do wieku, gdy będę już za stary na służbę ku chwale socjalistycznej ojczyzny. Jedyny problem polegał na tym, że ja coś od tej władzy potrzebowałem.
Moja żona wyjechała parę miesięcy wcześniej do Stanów Zjednoczonych. Miała w Chicago ciocię i chciała zarobić parę groszy na swoje studia, była na medycynie, i na cokolwiek do naszego mieszkania, którego zresztą też nie mieliśmy. Ja miałem dojechać do niej i myśleliśmy, że pracując razem odłożymy na małe mieszkanko i może samochód, bym ja mógł zostać taksówkarzem. Problem polegał tylko na tym, że władza ludowa bardzo zazdrośnie strzegła paszportów obywateli i nie dawała ich byle komu.
Ja, ponieważ nie byłem jeszcze w wojsku i ponieważ miałem żonę za granicą nie miałem praktycznie żadnych szans na otrzymanie paszportu. Żadnych racjonalnych i realnych szans. Na szczęście jednak nie wszystko w życiu odbywa się w racjonalny sposób. Życie nie jest tylko formą istnienia białka, zdarzają się także cuda.

Na wiosnę 1981. roku, 13. maja, na Palcu św. Piotra w Rzymie Ali Agca oddał strzały do papieża ciężko go raniąc. Papież walczył o życie, a cały świat modlił się o jego zdrowie. Moi rodzice planowali już wcześniej wyjazd na pielgrzymkę do Rzymu, organizowaną przez krakowskich Paulinów, ale warunkiem wyjazdu na nią było uczestnictwo w pieszej pielgrzymce z Krakowa na Jasną Górę. Wyjazdy „na zachód” były bowiem trudne i rzadkie i gdy ktoś organizował taką pielgrzymkę, ilość chętnych wielokrotnie przewyższała ilość możliwych miejsc. Stąd ten warunek ojców Paulinów.
Moi rodzice pracowali zawodowo i nie mogli iść do Częstochowy, ale namówili mnie, żebym ja poszedł w ich zastępstwie. Namówili mnie, bo de facto nie miałem nawet iść, ale jechać żukiem księży i wieźć co cięższe bagaże pielgrzymów. Bóg jednak chyba chciał, żebym poszedł na nogach, bo żuk się rozleciał parę dni przed pielgrzymką, bagaże zawiozła wynajęta półciężarówka, a ja stałem się zwykłym uczestnikiem pielgrzymki.
Pielgrzymka była w ostatnim tygodniu czerwca, zaledwie 5 tygodni po zamachu na papieża i właśnie w tej intencji, intencji jego szybkiego powrotu do zdrowia się odbywała. Ale ja miałem swoją własną intencję. Intencję otrzymania paszportu.

Minęło kilka miesięcy i parę odmów wydania paszportu. Nie miałem wielkiej nadziei, ale też nie miałem wiele do stracenia. Prawdę mówiąc popadałem w depresję. To właśnie wtedy, jesienią, wymeldowałem się od rodziców i akurat w tym okresie napisałem bardzo smutny list do mojej żony do Chicago. Aby zrozumieć tę sytuację muszę chyba wyjaśnić jeszcze, jak wyglądało komunikowanie się z ludźmi za oceanem przed 25. laty…

25 lat temu nie było Internetu. Wiem, wiem, trudno uwierzyć. Nie było telefonów komórkowych. Nie było SMS-ów. Nie było nawet „normalnych” połączeń telefonicznych. Rozmowę ze Stanami Zjednoczonymi zamawiało się z miesięcznym wyprzedzeniem. Ustalało się datę i tego dnia trzeba było od świtu czekać przy telefonie na sygnał z urzędu pocztowego, że jest rozmowa. Czasem poczta zadzwoniła o 10 rano, czasem o 18 popołudniu. Nigdy nie było wiadomo, kiedy się spodziewać połączenia. I po szybkiej rozmowie, bo kosztowała majątek, zamawiało się następną, na następny miesiąc.

Ja i tak byłem w komfortowej sytuacji, bo rodzice mieli telefon w domu. Inni czekali w urzędzie pocztowym. Czasem i 12 godzin. Oczywiście trochę łatwiej dzwoniło się ze Stanów. Także nie bezpośrednio, trzeba było zamawiać połączenie u operatora, ale otrzymywało się je relatywnie szybko. Problem polegał tylko na tym, że rozmowa kosztowała dolara na minutę, w czasach, gdy się zarabiało trzy dolary na godzinę. Wielu naszych rodaków, zwłaszcza gdy wypili za dużo, przegadało niejedną pensję w nostalgicznym porywie konieczności usłyszenia bliskich zostawionych w starym kraju.
Pisałem więc do Grażynki listy. Po kilka tygodniowo. I dzwoniłem raz w miesiącu. Ale gdy mnie dopadła ta chandra, gdy straciłem już całą nadzieję, napisałem jej, że nie będę więcej pisał, że nie będę dzwonił w najbliższą niedzielę (już się wyprowadziłem z domu i nawet nie bardzo miałem jak zadzwonić) i że nie mogę, nie mam ochoty jej nic więcej powiedzieć. Głupi, okrutny list. Później się dowiedziałem, że otrzymała go ona w sobotę, w przeddzień umówionego terminu, gdy miałem dzwonić. Nie wiedząc czemu tak napisałem i wyobrażając sobie wszystko, co najgorsze, siedziała ona przy telefonie, który nie miał zadzwonić i płakała… Ale do tego jeszcze wrócę.

Ja tymczasem miałem kolejny termin odbioru paszportu. Wyznaczony na 16. października. Ta data oczywiście niewiele mi mówiła. Nikt oficjalnie nie przypominał, że to trzecia rocznica wyboru papieża, a dla mnie w tamtym okresie wiara, religia, papież, to nie były rzeczy najważniejsze. Nie wierzyłem też zbytni, żebym miał jakiekolwiek szanse na otrzymanie paszportu, ale też nic nie miałem do stracenia, więc spróbowałem jeszcze raz.

Pierwszy poważny problem zdarzył się przy samym wejściu do urzędu paszportowego. Milicjant sprawdzający moją tożsamość zauważył, że nie mam żadnego meldunku wpisanego do dowodu osobistego. To było wtedy naruszenie prawa, każdy gdzieś musiał być zameldowany. Powiedział mi więc, że dopóki nie zamelduję się, nie mogę nawet wejść do środka. Pode mną ugięły się nogi. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Trudność polegała na tym, że zameldować może tylko główny najemca mieszkania, a więc mój tata, ale on pracował wtedy w Liszkach, kilkanaście kilometrów za miastem. Jego samochodem jeździłem tego dnia ja, a w maluchu było jeszcze tylko parę litrów benzyny. Za mało, żeby pojechać po tatę, a kupno paliwa łączyło się ze staniem w kilkunastogodzinnej kolejce. Do tego było tylko parę godzin czasu. Gdybym nie zdążył przed piętnastą, trzeba by od początku składać podanie. Sytuacja rzeczywiście bez wyjścia.

Człowiek jednak, który jest zdesperowany nie myśli logicznie. Tonący naprawdę chwyta się brzytwy. Ja też, zupełnie nielogicznie, pojechałem po prostu do urzędu meldunkowego, wziąłem druki zameldowania się, wypełniłem, podpisałem się za siebie i za tatę i stanąłem w kolejce do okienka. Gdy przyszła moja kolej, urzędniczka podbiła co trzeba, wpisała mi zameldowanie do dowodu osobistego i zameldowała mnie u taty.

To, co ona zrobiła, jest zupełnie nieprawdopodobne. Meldunek u kogoś był praktycznie równoznaczny z tym, że człowiek stawał się niemal współwłaścicielem mieszkania. Nie mógł go może sprzedać, ale też żadna siła go już nie mogła stamtąd wyrzucić. Nawet, jak właściciel mieszkania je sprzedawał, sprzedawał je z zameldowanym lokatorem. Dlatego właściciel musiał być obecny przy zameldowaniu nowej osoby. Do dziś nie rozumiem jak to się stało, że tak fundamentalną rzecz przeoczyła ta urzędniczka.
Wróciłem więc do wydziału paszportowego, spotkałem się z milicjantem wydającym paszporty, ten poprosił mnie o książeczkę wojskową, obejrzał ją, oddał i wręczył mi paszport. Nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Odebrałem go i wyszedłem z urzędu bardzo się powstrzymując, żeby nie biec jak wariat i nie krzyczeć z radości na całe gardło.

Był to piątek popołudniu. Nie czekałem już do poniedziałku, by otwarto konsulat amerykański. Bałem się, że ktoś się zorientuje w pomyłce. W sobotę w południe, z Warszawy, odleciałem do Wiednia, jedynego kraju w wolnym świecie, który nie wymagał od Polaków wiz wjazdowych.
W niedzielę byłem już w jakimś mieszkaniu w Wiedniu, wynajmowanym wspólnie przez Polaków przebywających tam tymczasowo i wspomagających nowych uciekinierów z Polski. Dowiadywaliśmy się od nich, jak załatwić wizę, czy prosić o azyl, jak dostać się do Stanów, Kanady czy Australii. Depresja minęła mi całkowicie i świat zaczął wyglądać zupełnie inaczej. Powróciła nadzieja.

Grażynka przesiedziała całą noc przy telefonie, zapłakana i zrozpaczona. W niedzielę, od rana, wbrew logice, wbrew moim listowym zapowiedziom, czekała, że może jednak telefon zadzwoni. I okazało się ponownie, że nigdy nie należy tracić nadziei. Zadzwoniłem rzeczywiście. Nie z Krakowa, ale z Wiednia. Z wiadomością, że czekam na nią. Po tygodniu już się spotkaliśmy i razem zaczęliśmy starania o zezwolenie na legalny wjazd do Stanów Zjednoczonych.

Zdumiewające, jaki wpływ na nasze życie mają pewne wydarzenia w przeszłości. Wybór Polaka na papieża, moja pielgrzymka i jej intencja „paszportowa”, incydent z zameldowaniem, który ja odbieram jako znak od Boga dający mi do zrozumienia, że to On tego dnia działał, później narodziny Wiktorii i moje nawrócenie, ten blog… to wszystko jest w jakiś mistyczny sposób ze sobą powiązane. I życie każdego z nas takie jest. Nie każdy to dostrzega, nie zawsze te znaki są tak widoczne, ale czasami wręcz niemożliwe jest ich przeoczenie. Gdy się na przykład spogląda na życie Karola Wojtyły, widać, jak Bóg kierował wydarzeniami w Jego życiu, które od początku prowadziły do Jego wielkiej posługi Piotrowej w Kościele Powszechnym.

Dwie rocznice. Jedna wielka, druga malutka. Ale obie ważne w moim życiu. Obie miały wielki wpływ na to, co się w nim przytrafiło. I wiem, że już o tym pisałem. Wiem, że się powtarzam. Ale nie każdy czyta stare teksty, a warto przypominać, że nie jesteśmy pozostawieni sami sobie. Bóg nad nami czuwa i tak kieruje naszymi losami, że żadna krzywda nas nie spotka. Zaufajmy mu tylko i módlmy się.

Matka Angelica, założycielka radia i telewizji EWTN mawiała czasem: „Do the ridicules, so God can do the miraculous”. Róbmy więc wszyscy coś naiwnie bezsensownego, by On mógł zrobić coś cudownego. Bo dla Tego, który stworzył świat z niczego, nie ma rzeczy niemożliwych. Zaufajmy Mu tylko i patrzmy, jak niemożliwe staje się rzeczywistością.

o Dominik

I am the Super Administrator of this website.

0 Komentarze

Leave a Comment

Zaloguj się by móc komentować
    Nie ma komentarzy do tego postu.

Rating is available to Members only. Please Zaloguj lub Rejestracja to vote.
Awesome! (0)0 %
Very Good (0)0 %
Good (0)0 %
Average (0)0 %
Poor (0)0 %